90 lat temu urodził się Józef Szmit, dwukrotny mistrz olimpijski w trójskoku. Jedna wypowiedź dla prasy spowodowała, że po zakończeniu kariery został bez pracy i nazwano go niemieckim szpiegiem.
Pod koniec kariery wypraszano go ze stadionów. Dlaczego? W 1965 roku, gdy był narodowym bohaterem z dwoma złotymi medalami olimpijskimi odpowiedział dziennikarce na pytanie, czy będzie głosował na PZPR, że tak, bo na kogo innego mógłby zagłosować?
No i podpadł decydentom. Zdobyte dwa złote medale olimpijskie i rekordy świata nie miały już żadnego znaczenia. Od tej wypowiedzi stał się niemieckim szpiegiem i faszystą. Wypominano mu, że urodził się w Miechowicach, obecnie dzielnicy Bytomia, która po plebiscycie w 1921 roku została w Rzeszy.
On był Niemcem, jego ojciec zginął w Norwegii w mundurze Wehrmachtu, ale po wojnie matka zdecydowała, że nie wyjadą do Niemiec. Zostali w Polsce, a on dopiero po wojnie zaczął uczyć się polskiego. Uczniowie w szkole znęcali się nad nim i katowali. Dla nich był szwabem.
Gdy w 1960 roku podczas mitingu w Olsztynie ustanowił fantastyczny rekord świata został polskim bohaterem. Pojechał na dwa kolejne igrzyska po dwa złote medale, ale po Tokio powiedział, co powiedział i przez 10 lata starał się o paszport, żeby wyjechać i mieć szansę na normalne życie. Dostał go w końcu w 1975, bo chciał jechać do Amsterdamu na mecz eliminacji do Mistrzostw Europy.
Nasza reprezentacją po zwycięstwie na Śląskim 4-1 jechała do Holandii z dużymi szansami, ale one w ogóle nie interesowały Szmita. On chciał zostać na Zachodzie. I został. Potem dwa długie lata ściągał rodzinę. Ale po upadku komunizmu wrócił do Polski. Kupił gospodarstwo na Pomorzu i hodował kozy. Zmarł w ubiegłym roku, miesiąc po śmierci swojej żony Łucji.