Na granicy polsko-litewskiej zginął żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza i dlatego 87 lat temu rząd Polski dał 48-godzinne ultimatum Litwie na nawiązanie stosunków dyplomatycznych. W przeciwnym wypadku …
Szeregowy Stanisław Serafin był siódmą ofiarą śmiertelną granicznego konfliktu między II RP i Litwą. Miał 24 lata i przez przypadek wszedł 11 marca na stronę litewską. Ścigał dwie osoby przekraczające nielegalnie granicę. Postrzelił go litewski policjant. Być może dało się uratować życie żołnierza, ale Litwini nie pozwolili polskiemu lekarzowi udzielić pomocy żołnierzowi KOP.
Serafin wykrwawił się i zmarł. Beck z Rydzem uznali, że to czas, by załatwić sprawę granicy polsko-litewskiej. Mijało wtedy już ponad 17 lat od zajęcia przez wojska Lucjana Żeligowskiego Wilna i utworzenia tam Litwy Środkowej. Żeligowski wyruszył do Wilna w momencie, gdy Piłsudski w Suwałkach pieczętował uroczyście umowę z Litwą, którzy odczytywali jej zapisy tak, że Wilno jest ich.
Piłsudski uśmiechał się, bo wiedział, że rano Wilno już będzie polskie. Nie miał wyrzutów sumienia, bo przecież Wilno dostali Litwini od bolszewików za ich wsparcie w wojnie polsko-sowieckiej. Litwinie nigdy nie pogodzili się ze stratą Wilna i zapisali w swojej konstytucji, że jest stolicą ich kraju, a granicę nazwali linią demarkacyjną.
W marcu 1938 roku chcieli rutynowo załatwić sprawę zabitego żołnierza KOP, ale to się już nie udało. Od śmierci szeregowego trwały w Polsce demonstracje i ludzie skandowali „Prowadź wodzu na Kowno”. 17 marca w Warszawie zebrało się 200 tysięcy ludzi, którzy krzyczeli, że za 3 godziny Wojsko Polskie będzie w Kownie.
W Grodnie, Wilnie i Suwałkach odbyły się wojskowe defilady, a pod Wilnem ćwiczenia wojskowe z użyciem broni pancernej. Manifestacja siły zadziałała i Litwini ulegli. Przyjęli polskie warunki i od kwietnia ją nawiązali stosunki dyplomatyczne z Polską.