Była czwarta nad ranem. Niedziela Wielkanocna, 20 kwietnia 1919 roku. Na niewielką stację w Kąkolewie koło Leszna wjechał pociąg. W jednym z wagonów jechał gen. Józef Haller.

Kąkolewo było pierwszą stacją na jego trasie znajdującą się w rękach powstańców wielkopolskich. Po miesiącach spędzonych na Zachodzie dowódca Błękitnej Armii znalazł się na ziemi kontrolowanej przez Polaków. Haller wspominał później, że wysiadł z wagonu, uklęknął i pocałował ziemię. Miał powody do wzruszenia. Za nim jechała do Polski jedna z największych sił militarnych, jakimi dysponowała odradzająca się Rzeczpospolita.

I wojna światowa skończyła się pięć miesięcy wcześniej. Ale dla Polski wojna wciąż trwała. Państwo dopiero wykuwało swoje granice. Na wschodzie trwały walki z Ukraińcami i bolszewikami. W Wielkopolsce niedawno walczono z Niemcami. Na Śląsku Cieszyńskim doszło do starć z Czechosłowacją. Niemal każda granica odradzającej się Rzeczypospolitej była przedmiotem sporu.

I właśnie wtedy z Francji przybywała armia licząca około 70 tysięcy żołnierzy. Błękitna Armia była regularnym, dobrze wyszkolonym i znakomicie jak na polskie warunki wyposażonym wojskiem. Miała artylerię, broń maszynową, kawalerię, siedem eskadr lotniczych, a nawet pułk czołgów Renault FT. Dla młodego państwa polskiego była potężnym zastrzykiem siły.

Ale jak przerzucić tylu żołnierzy do Polski? To nie było wcale teoretyczne pytanie. Najbardziej naturalna wydawała się droga morska. Statki mogły przewieźć żołnierzy i sprzęt do Gdańska. Tyle że Gdańsk formalnie pozostawał w granicach Niemiec, a jego przyszłość była właśnie przedmiotem międzynarodowego sporu. Przeciwko przerzuceniu tam polskiej armii wystąpiły Niemcy i Wielka Brytania. Obawiano się, że pojawienie się tysięcy polskich żołnierzy może stworzyć fakt dokonany i wywołać kolejny konflikt.

Pozostała droga lądowa. Błękitna Armia miała przejechać koleją przez Niemcy. Operacja była niezwykła: przez terytorium pokonanego kilka miesięcy wcześniej państwa przejeżdżały pociągi pełne polskich żołnierzy wracających do kraju, który właśnie toczył z Niemcami spór o swoje zachodnie granice. Dla bezpieczeństwa broń przewożono w oddzielnych, zaplombowanych wagonach, a transporty znajdowały się pod kontrolą alianckich oficerów.

I operacja się udała. 20 kwietnia o czwartej rano pociąg Hallera dotarł do Kąkolewa. Mimo pory i zimna na stacji czekali mieszkańcy. Byli powstańcy wielkopolscy. Były polskie flagi. Był chleb i sól. Było też wielkanocne jajko, którym – według zachowanych relacji – mieszkańcy dzielili się z generałem i jego żołnierzami. Po latach walki o Polskę żołnierze wracali do państwa, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie istniało na mapie Europy.

Haller ruszył dalej. Przez Krotoszyn dotarł do Ostrowa Wielkopolskiego. Tam spotkał się z przedstawicielami Naczelnej Rady Ludowej – ks. Stanisławem Adamskim i Adamem Poszwińskim – oraz dowódcą Armii Wielkopolskiej gen. Józefem Dowborem-Muśnickim. Towarzyszył mu młody rotmistrz pełniący funkcję adiutanta. Nazywał się Władysław Anders.

Potem była Łódź. A 21 kwietnia – Warszawa. Na Dworcu Warszawsko-Wiedeńskim Hallera witano uroczyście. Nie było jednak człowieka, który stał na czele państwa i wojska. Józef Piłsudski przebywał w Wilnie. Polskie oddziały właśnie opanowały miasto. Stamtąd Naczelnik Państwa przesłał Hallerowi depeszę. Pisał o swojej radości z powrotu jego żołnierzy do ojczyzny i wyrażał przekonanie, że pomogą oni osłonić zagrożone granice kraju.

I dokładnie to mieli zrobić. Już w maju oddziały Hallera skierowano przeciwko wojskom ukraińskim. Później Hallerczycy walczyli również przeciwko bolszewikom. 1 września 1919 roku Błękitna Armia przestała istnieć jako odrębna formacja i została ostatecznie włączona do Wojska Polskiego. Jej żołnierze walczyli później m.in. w wyprawie kijowskiej, Bitwie Warszawskiej i Bitwie nad Niemnem.

Ale ich polska historia zaczęła się tamtego wielkanocnego poranka. Na niewielkiej stacji w Kąkolewie. O czwartej rano. 20 kwietnia 1919 roku.

20 IV 1919