8 kwietnia 1941 roku, w sowieckim więzieniu w Chersoniu zmarł gen. Mariusz Zaruski. Miał 74 lata.
Żeglarz, taternik, twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, legionista, ułan, generał Wojska Polskiego i wychowawca całych pokoleń polskich żeglarzy.
Człowiek, który powtarzał: „Polska współczesna bez morza istnieć nie może”. Gdyby pod koniec sierpnia 1939 roku wypłynął w zaplanowany rejs „Zawiszą Czarnym”, być może przeżyłby wojnę. Nie wypłynął. Nadciągała wojna, a Zaruski nie chciał opuszczać kraju.
Miał 72 lata, ale zgłosił się do wojska. Armia go nie przyjęła. Po 17 września znalazł się na terenach zajętych przez Sowietów. Ukrywał się we Lwowie. NKWD w końcu go odnalazło. Prawdopodobnie 10 grudnia 1939 roku został aresztowany. Przez kilka miesięcy siedział w lwowskich Brygidkach. Sowieci uznali polskiego generała za „element społecznie niebezpieczny” i skazali go na pięć lat łagru w Kraju Krasnojarskim.
Kary nie zdążył odbyć. Był już ciężko chory. Jesienią 1940 roku przewieziono go do szpitala więziennego w Chersoniu. Tam, wyniszczony głodem i chorobą, zmarł 8 kwietnia 1941 roku. Według materiałów IPN przyczyną śmierci była krwawa dyzenteria.
Historia zatoczyła ponure koło. To właśnie nad Morzem Czarnym, w Odessie, ponad pół wieku wcześniej zaczęła się jego wielka przygoda z morzem. Urodził się w 1867 roku w Dumanowie na Podolu, w rodzinie o silnych tradycjach niepodległościowych. Dziadek walczył w powstaniu listopadowym, ojciec w styczniowym.
Mariusz trafił na studia do Odessy. Tam zobaczył morze i przepadł. Pływał na statkach handlowych. Docierał do Egiptu, Syrii, Indii, Chin i Japonii. Jednocześnie działał w polskiej konspiracji niepodległościowej. W 1894 roku Rosjanie go aresztowali. Dostał półtora roku więzienia i pięć lat zesłania do guberni archangielskiej.
I właśnie na zesłaniu zrobił coś niezwykłego. Uzyskał zgodę rosyjskiego gubernatora na pływanie. Ukończył szkołę morską i zdobył kwalifikacje oficera żeglugi. Mógł podczas rejsu uciec za granicę, ale dał słowo honoru, że tego nie zrobi. Po każdym rejsie wracał więc do Archangielska i meldował się rosyjskiej policji.
Z zesłania wrócił jako doświadczony człowiek morza. W Odessie ożenił się z Izabelą Kietlińską. Spędzili razem czterdzieści lat. Ze względu na jej zdrowie przenieśli się ostatecznie do Zakopanego. I tam marynarz został „Hetmanem Tatr”.
Zaruski należał do pionierów polskiego narciarstwa i taternictwa zimowego. Jako pierwszy zdobywał na nartach m.in. Giewont i Kozi Wierch. Badał lawiny, wytyczał szlaki, szkolił narciarzy. Wraz z rosnącą popularnością Tatr rosła jednak liczba wypadków.
Zaruski uznał, że w górach potrzebna jest profesjonalna służba ratownicza. W 1909 roku powstało Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Zaruski został jego pierwszym naczelnikiem.
Ale nadchodziła wojna. W sierpniu 1914 roku poprowadził z Zakopanego do Krakowa oddział strzelców. Wkrótce znalazł się w kawalerii Władysława Beliny-Prażmowskiego. Walczył w Legionach. Podczas kryzysu przysięgowego odmówił złożenia przysięgi, został oskarżony o bunt i aresztowany. Kiedy odradzała się Polska, znowu wsiadł na konia.
Został pierwszym dowódcą 11. Pułku Ułanów. W kwietniu 1919 roku jego żołnierze uczestniczyli w brawurowej operacji zajęcia Wilna. 15 kwietnia pułk pod dowództwem Zaruskiego zdobył wileński dworzec kolejowy. Potem przyszła wojna z bolszewikami.
Za odwagę Zaruski otrzymał Order Virtuti Militari i aż pięciokrotnie Krzyż Walecznych. Po wojnie pozostał w armii. Dowodził 23. Pułkiem Ułanów Grodzieńskich, a następnie został generalnym adiutantem prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. W 1924 roku otrzymał stopień generała brygady.
30 kwietnia 1926 roku przeszedł w stan spoczynku. Dwa tygodnie później rozpoczął się zamach majowy. Zaruski nie musiał więc wybierać między dawnym legionowym dowódcą Józefem Piłsudskim a prezydentem Wojciechowskim, któremu służył jako adiutant. I wtedy generał znowu wrócił do morza.
W 1927 roku został sekretarzem generalnym Komitetu Floty Narodowej. Jeździł po Polsce, wygłaszał odczyty i przekonywał ludzi, żeby wpłacali pieniądze na budowę polskiej floty. „Polska współczesna bez morza istnieć nie może” – pisał. Akcja przyniosła efekty.
W 1929 roku Komitet Floty Narodowej kupił za 7 tysięcy funtów szterlingów dawny niemiecki żaglowiec szkolny „Prinzess Eitel Friedrich”. Pieniądze pochodziły przede wszystkim ze zbiórki prowadzonej na Pomorzu, wspieranej także innymi środkami. Po remoncie statek otrzymał nazwę, którą zna dzisiaj niemal każdy Polak:
„Dar Pomorza”.
Zaruski na tym nie poprzestał. Chciał, żeby Polacy nie tylko mieli dostęp do morza, ale żeby nauczyli się z niego korzystać. Szkolił młodzież, organizował żeglarstwo i związał się z harcerstwem. W 1935 roku został kapitanem harcerskiego szkunera „Harcerz”, który na jego wniosek otrzymał nowe imię:
„Zawisza Czarny”.
Na jego pokładzie wychowywał kolejne roczniki młodych ludzi. Latem 1939 roku zakończył swój ostatni rejs. Miał wypłynąć jeszcze raz pod koniec sierpnia. Nie wypłynął. Chciał zostać w Polsce, bo wiedział, że nadchodzi wojna.
Dwa lata później umierał jako więzień NKWD w Chersoniu. Nie wiadomo nawet dokładnie, gdzie został pochowany. Pozostały po nim jednak TOPR, tradycja polskiego żeglarstwa i „Dar Pomorza”.
Generał, który zaczynał swoją morską przygodę nad Morzem Czarnym, zginął w sowieckim więzieniu niedaleko miejsc, w których ponad pół wieku wcześniej po raz pierwszy zakochał się w morzu.
8 IV 1941