25 lutego 1876 roku zmarł we Lwowie Seweryn Goszczyński – poeta romantyczny, konspirator i powstaniec listopadowy. W Noc Listopadową był jednym z uczestników ataku na Belweder. Później przez dziesięciolecia żył jako emigrant i polityczny tułacz. W Paryżu poznał Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego i Andrzeja Towiańskiego. Został jednym z najważniejszych towiańczyków.
Ale być może najdłużej żyje dziś jeden z jego krótkich wierszy.
„Sadźmy, przyjacielu, róże!”
Goszczyński napisał „Przy sadzeniu róż” jesienią 1831 roku, już po klęsce powstania listopadowego. Przebywał wtedy w Mikołajowicach pod Tarnowem, w majątku Józefa Tetmajera.
Wiersz zadedykował Michałowi Szweycerowi – przyjacielowi, powstańcowi i uczestnikowi ataku na Belweder.
Sadźmy, przyjacielu, róże!
Długo jeszcze, długo światu
Szumieć będą śnieżne burze:
Sadźmy je przyszłemu latu!
My, wygnańcy stron rodzinnych,
Może już nie ujrzym kwiatu –
A więc sadźmy je dla innych,
Szczęśliwszemu sadźmy światu!
To właściwie cały program pokolenia przegranego powstania: skoro my nie doczekamy wolnej Polski, pracujmy dla tych, którzy przyjdą po nas.
Los adresata wiersza był równie niezwykły jak życie Goszczyńskiego.
Michał Szweycer walczył w powstaniu listopadowym i został odznaczony Virtuti Militari. Po klęsce wyemigrował do Francji. Władze rosyjskie skazały go zaocznie na śmierć.
Zginął czterdzieści lat później, podczas Komuny Paryskiej.
Według zachowanych przekazów Szweycer i Adolf Rozwadowski podgrzewali nocą wodę na herbatę na spirytusowym palniku. Światło zwróciło uwagę żołnierzy wersalskich. Obaj Polacy zostali zatrzymani i rozstrzelani pod zarzutem złamania nakazu zaciemnienia.
Goszczyński przeżył Komunę Paryską, ale sam znalazł się wtedy na granicy nędzy. W czasie oblężenia Paryża omal nie umarł z głodu.
W 1872 roku, dzięki pomocy przyjaciół, wrócił do Galicji i osiadł we Lwowie. Na dworcu witano go jak narodowego bohatera.
Zmarł 25 lutego 1876 roku. Miał 74 lata.
Dwa dni później Lwów stanął.
Agaton Giller pisał, że w pogrzebie uczestniczyło około 50 tysięcy ludzi – mniej więcej połowa ówczesnych mieszkańców miasta. Kondukt ciągnący na Cmentarz Łyczakowski miał mieć około trzech kilometrów długości. W pogrzebie uczestniczyli duchowni, studenci, uczniowie, przedstawiciele instytucji i delegacje z innych miast. Na ulicach pojawiły się żałobne dekoracje.
Goszczyński spoczął na Cmentarzu Łyczakowskim.
Kilka lat później nad jego grobem stanął jeden z najbardziej charakterystycznych pomników nekropolii – dzieło Juliana Markowskiego. Rzeźbiarz wygrał konkurs na jego wykonanie, a pomnik ukończono w 1882 roku.
W tłumie żegnającym poetę znajdowała się również mała dziewczynka.
Maryla Wolska miała wtedy trzy lata.
Po wielu latach poetka wróciła w wierszu „Poznanie” do jednego z pierwszych obrazów zapamiętanych z dzieciństwa: świec, kwiatów, biało-czerwonych wstęg i trumny starego powstańca.
Napisała:
A jednak – ten dźwięk nazwiska
I ta rabata świec,
Ta długa w kwiatach kołyska,
Umarły żołnierz – Moskale – i wiersze,
To było ze śmiercią i Polską
Moje poznanie pierwsze.
„Nie zapomniałam nic”.
A „Sadźmy róże” żyły dalej. Do wiersza Goszczyńskiego dołączono melodię nieznanego autora, wywodzoną z tradycji pieśni syberyjskich zesłańców. Pieśń śpiewali później harcerze, była hymnem Warszawskiej Chorągwi Harcerek, a po latach wróciła również w repertuarze związanym z „Solidarnością”. Śpiewała ją m.in. Antonina Krzysztoń.
Goszczyński nie doczekał wolnej Polski.
Ale dokładnie tak, jak napisał w 1831 roku, sadził róże dla tych, którzy mieli przyjść po nim.