Powstanie listopadowe dopiero co upadło. Tysiące ludzi zginęły, kolejni szli na Sybir albo uciekali na emigrację. Józef Zaliwski uznał jednak, że to jeszcze nie koniec. Chciał wrócić do Polski i rozpocząć następną walkę.
Dziś jest niemal zapomniany, choć należał do najciekawszych żołnierzy powstania listopadowego. Odważny, porywczy, zapewne trochę szalony, ale przede wszystkim znakomicie rozumiejący wojnę partyzancką.
Był jednym z ludzi, którzy przygotowywali powstanie. Należał do Sprzysiężenia Wysockiego, a podczas Nocy Listopadowej odegrał ważną rolę w opanowaniu warszawskiego Arsenału. Kiedy rozpoczęła się regularna wojna z Rosją, Zaliwski pokazał, w czym jest naprawdę dobry.
W wojnie podjazdowej. Zorganizował oddział partyzancki działający przede wszystkim na Kurpiach. Atakował rosyjskie transporty, przecinał linie zaopatrzenia, zmuszał przeciwnika do wysyłania przeciwko niemu regularnych oddziałów. Rosjanie długo nie mogli sobie z nim poradzić. Potem przyszła wyprawa na Litwę i nieudany atak na Wilno.
Oddział Zaliwskiego został odcięty od głównych sił. Rozpoczął dramatyczny odwrót przez tereny kontrolowane przez Rosjan. Przeszedł Niemen, Puszczę Augustowską, Biebrzę i dotarł do Puszczy Knyszyńskiej. 6 lipca 1831 roku żołnierze zatrzymali się na nocleg w Sokołdzie. Nad ranem uderzyli Rosjanie.
Zaskoczeni Polacy próbowali ratować się przez rzekę i otaczające ją mokradła. W ciemności piechota mieszała się z kawalerią, konie grzęzły w wodzie, oddział został rozbity. Wielu żołnierzy zginęło albo utonęło. Zaliwski przeżył.
Po klęsce powstania znalazł się we Francji. I niemal natychmiast zaczął myśleć o powrocie. Pod koniec 1832 roku razem z Joachimem Lelewelem utworzył tajną organizację o nazwie Zemsta Ludu. Nazwa mówiła właściwie wszystko.
Plan był niezwykle ambitny. Do kraju mieli przedostać się emisariusze i niewielkie grupy partyzantów. Mieli stworzyć miejscowe oddziały, poderwać ludność i doprowadzić do wybuchu kolejnego powstania przeciwko Rosji. Zaliwski wierzył, że można zacząć od kilkudziesięciu ludzi, a skończyć na ogólnonarodowym zrywie.
Wiosną 1833 roku ruszył do kraju. Przez Galicję przedostał się do Królestwa Polskiego. I wtedy okazało się, że Polska na kolejne powstanie nie czeka. Nie było przygotowanej organizacji. Nie było masowego poparcia. Chłopi nie ruszyli do walki. Niewielkie grupy konspiratorów były tropione przez rosyjską policję i wojsko.
Jedne rozbijano, inne wyłapywano. Cena romantycznego planu Zaliwskiego okazała się straszna. Wielu uczestników wyprawy trafiło do więzień i na katorgę. Niektórych władze rosyjskie postanowiły ukarać publicznie i przykładnie.
Michała Wołłowicza powieszono w Grodnie.
Adama Piszczatowskiego – w Białymstoku.
Artura Zawiszę – w Warszawie.
Miejsce egzekucji Zawiszy znamy zresztą do dziś. To okolice warszawskiego placu, a obecnie ronda jego imienia. Sam Zaliwski zdołał wrócić do Galicji. Nie uratował się.
Austriacy aresztowali go we Lwowie. Po długim śledztwie został skazany na śmierć. Po apelacji wyrok zamieniono na 20 lat więzienia w twierdzy Kufstein. Wyszedł dopiero podczas Wiosny Ludów w 1848 roku.
Po kilkunastu latach spędzonych za murami twierdzy wrócił do Francji. Próbował jeszcze działać w Towarzystwie Demokratycznym Polskim, ale więzienie zniszczyło mu zdrowie. Nie miał już sił na następną wyprawę.
Zmarł w Paryżu 1 kwietnia 1855 roku. Miał niespełna 60 lat.
Można oczywiście powiedzieć, że wyprawa Zaliwskiego z 1833 roku była politycznym i wojskowym szaleństwem. Że została fatalnie przygotowana. Że wysłano ludzi do kraju, który nie był gotowy na następne powstanie. I że za ten błąd zapłacili życiem ludzie młodsi od niego.
To wszystko prawda. Ale prawdą jest również coś jeszcze. Józef Zaliwski najpierw przygotowywał powstanie listopadowe, potem walczył z Rosjanami, następnie próbował rozpocząć kolejne powstanie, za co został skazany na śmierć i spędził kilkanaście lat w austriackiej twierdzy. Takich ludzi w naszej historii było wielu.
Ludzi, którzy właściwie całe swoje dorosłe życie oddali jednej sprawie. Polsce.
17 II 1833