13 lutego 1969 roku zmarł w Londynie Kazimierz Wierzyński. Jeden z pięciu wielkich Skamandrytów, poeta, dziennikarz i człowiek, który dokonał rzeczy chyba niepowtarzalnej: został mistrzem olimpijskim w poezji.
W 1928 roku podczas igrzysk w Amsterdamie zdobył złoty medal w olimpijskim konkursie sztuki za „Laur olimpijski” – tom wierszy poświęconych sportowi.
I trudno chyba znaleźć poetę, który na sporcie znałby się lepiej. W latach 1926–1931 Wierzyński był redaktorem naczelnym „Przeglądu Sportowego”. To za jego czasów gazeta nabrała rozmachu, a on sam należał do ludzi, którzy potrafili pisać równie dobrze o poezji, jak o piłce nożnej.
Potem przyszedł wrzesień 1939 roku. Wierzyński ewakuował się wraz z redakcją „Gazety Polskiej” do Lwowa. 17 września przekroczył granicę rumuńską. Nie mógł wtedy wiedzieć, że właśnie zaczęła się jego trzydziestoletnia emigracja i że Polski już nigdy za życia nie zobaczy.
Przez Rumunię, Francję, Portugalię i Brazylię dotarł w 1941 roku do Stanów Zjednoczonych. Po wojnie nie chciał wracać do kraju podporządkowanego Związkowi Sowieckiemu. Polska Ludowa nie była jego krajem.
Tam jego nazwisko stopniowo znikało z głównego obiegu. A przecież przed wojną należał do piątki uwielbianych Skamandrytów: Tuwim, Słonimski, Lechoń, Iwaszkiewicz i właśnie Wierzyński. I wtedy, pod koniec życia, poeta przypomniał o sobie Polakom w sposób niezwykły.
W marcu 1968 roku paryska „Kultura” opublikowała „Czarny polonez”. Kilka wierszy. Kilkanaście celnych uderzeń w rzeczywistość PRL.
Wierzyński pisał o strachu, propagandzie, biedzie, kolejkach, kombinowaniu, milicji, dygnitarzach i tej specyficznej beznadziei życia w państwie, w którym wszystko oficjalnie szło znakomicie, a prawie każdy wiedział, że jest dokładnie odwrotnie.
W jednym z wierszy zestawiał ze sobą kolejne aparaty terroru:
„Czeka NKWD
Gestapo
UB
I da capo”.
Dawniej człowiek znikał po nocnym pukaniu do drzwi. Teraz rozmowa mogła być bardziej elegancka: proszę usiąść, proszę się zastanowić…
Zmieniły się dekoracje. Mechanizm pozostał znajomy.
W „Moralitecie o korycie” pojawiało się słowo, które w Polsce robiło zawrotną karierę:
„Obywatele, nie samym chlewem człowiek żyje”.
Był też socjalistyczny handel zagraniczny i turystyka w „Wyprawie fenickiej”:
„W Grecji nic
W Rzymie to co innego,
Colosseum i gacie,
Płaszcze ortalionowe…”
I człowiek zaczyna się zastanawiać nad rzeczą najbardziej niezwykłą.
Skąd Wierzyński tak dobrze znał PRL?
Przecież nie mieszkał w Polsce od 1939 roku. Nie stał w kolejkach. Nie jeździł zatłoczonym tramwajem. Nie załatwiał niczego w urzędzie. Nie rozmawiał z milicjantem. Nie chodził do sklepu po ortalionowy płaszcz.
Słuchał.
Pomysł napisania takiego cyklu pojawił się w jego korespondencji z Jerzym Giedroyciem już w połowie lat sześćdziesiątych. Wierzyński rozmawiał z ludźmi przyjeżdżającymi z Polski. Wypytywał. Zapamiętywał powiedzenia, absurdy, nastroje i język ulicy.
Nie napisał więc „Czarnego poloneza” jednego wieczoru.
Przez lata zbierał Polskę po kawałku.
I zrozumiał ją zadziwiająco dobrze.
Wiersze zaczęły docierać do kraju. Przemycano je, przepisywano, powielano i przekazywano dalej. Dla ludzi przyzwyczajonych do języka oficjalnej prasy musiały brzmieć jak coś z zupełnie innego świata.
Najbardziej lubię jednak „Świerzb”.
To właściwie diagnoza PRL zamknięta w jednym słowie.
Wierzyński pisał o kraju, w którym człowiek czuje nieustannie, że „coś to nie tak”. Drapiesz się – nie pomaga. Nie drapiesz się – też nie pomaga. Żadna pomada nie działa.
Bo problem nie znajduje się na skórze.
Problem tkwi w systemie.
I dlatego kończył:
„Wszystko powinno być inaczej
Wszystko oszustwo
Blaga blaga.
Alergia
Świerzb”.
Kazimierz Wierzyński zmarł 13 lutego 1969 roku w Londynie. Miał 74 lata. Kilka godzin przed śmiercią pracował jeszcze nad ostatnim tomem wierszy „Sen mara”.
Do Polski wrócił dopiero pośmiertnie.
W 1978 roku jego prochy sprowadzono z Londynu i złożono w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.
A jeśli ktoś nigdy nie czytał „Czarnego poloneza”, naprawdę warto.
Zwłaszcza „Świerzb”.
Bo najbardziej zdumiewające jest to, że napisał go człowiek, który przez niemal trzydzieści lat oglądał Polskę tylko z daleka.
13 II 1969